facebook instagram
Copyrights © 2013 Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.
  • Home
  • Kategorie
    • Paznokcie
    • Włosy
  • O mnie
  • Kontakt

Pielęgnacja, włosy, kosmetyki

Jakiś czas temu na blogach zapanował szał na nowy suplement wzmacniający włosy o nazwie Priorin Extra. Z racji włosomniaczego bloga i ja mogłam wypróbować trzymiesięczną kurację, która miała zdziałać cuda na moich włosach. Miało być pięknie, cztery składniki, które miały zrobić swoje, czyli zahamować wypadanie i zwiększyć produkcję włosów. Tatatata... chyba wiecie już, jak było. Na pewno nie tak, jak obiecywał producent.

Zacznę od tego, że wytrzymałam biorąc Priorin tylko półtora miesiąca. Po tym okresie moja twarz zareagowała mnóstwem nieprzyjaciół. Nie jestem osobą, która aż tak poświęca się dla dobra testów i odstawiłam tabletki w kąt. Minęło trochę czasu i wszystko wróciło do normy. W ten sposób zostałam z półtorej opakowania tego specyfiku i nie wiem, co z nim zrobić. Jeśli któraś z Was ma ochotę go przetestować - chętnie go oddam. Jak nie - wyrzucam. 

Należy tutaj wspomnieć też o cenie. Kuracja wymaga stosowania go przez trzy miesiące, po dwie tabletki dziennie. Potrzebujemy więc trzy opakowania po 60 kapsułek, a jedno kosztuje ponad 60 zł. Cena kuracji wyniesie nas więc ponad 180 zł. Jest to bardzo dużo, jak na suplement wzmacniający i jak się o tym przekonałam - nie działający. Wiem, że półtora miesiąca to nie jest wystarczający czas, żeby ocenić działanie tabletek, ale jeśli źle wpłynęły one na moją cerę i nie mogę kontynuować ich stosowania, uznaję je za bubel. 

W trakcie mojej niedokończonej kuracji stan włosów nie poprawił się, nie przestały wypadać, a wręcz po odstawieniu ich włosy zaczęły lecieć jak szalone. 

Zwlekałam z podzieleniem się moją opinią o tym produkcie, bo nie chciałam pisać jej na świeżo, w nerwach. Chciałam na spokojnie opisać jego wady. U mnie się nie sprawdził. Nie wiem, jak u innych osób, bo nie zauważyłam, żeby pojawiały się na jego temat jakieś posty.

Podsumowując: U mnie nie dał rady. Uważam, że nie opłaca się inwestować takiej sumy w Priorin, na rynku można znaleźć dużo lepsze i tańsze suplementy, które być może będą efektowne, a jeśli nie, to nie będzie aż tak szkoda pieniędzy.

Jak sprawdził się u Was? Czy tylko ja mam o nim takie zdanie?
15:30 10 komentarze
W poprzednim poście wspomniałam, że moim ulubionym zapachem na jesień jest wosk Yankee Candle Salted Caramel. Stwierdziłam, że napiszę o nim coś więcej, niż tylko tyle, że mi się podoba.

W przeciwieństwie do moich domowników, uwielbiam słodkie i duszące zapachy. Mało tego, jednym z moich ulubionych smaków jest właśnie karmel. Kiedy natknęłam się na ten wosk w sklepie, od razu trafił w moje ręce. Wystarczyła chwila w kominku i pokochałam go od "pierwszego powąchania". 
Wiem, że nie wszystkim może się on podobać, ale jeśli tak jak ja gustujecie w słodkich zapachach, powinien przypaść Wam do gustu. Nie potrafię dobrze określać zapachów, jednak tak, jak sama jego nazwa wskazuje, jest naprawdę słono-słodki, inny, wyjątkowy. Są w nim dwa przeciwne zapachy, które idealnie się komponują. 

Miałyście, bądź macie ten zapach w swojej woskowej kolekcji? Co o nim sądzicie? 
13:39 14 komentarze

Szampony Batiste zna już chyba cała blogosfera, jednak z pewnością nie każdy testował wszystkie rodzaje, więc postanowiłam powiedzieć co nieco o wersji Wild, którą kupiłam, kiedy pojawiła się w Biedronce. Jeśli mam być szczera, kupiłam akurat tą, bo nie miałam już żadnego wyboru - pierwszego dnia rozeszły się jak świeże bułeczki. Poprzedni Batiste, jakiego miałam był w wersji Tropical i to do niego mniej więcej będę porównywać Wild.
Ja używam suchego szamponu sporadycznie, np. kiedy nie chce mi się myć włosów a muszę wyjść do sklepu, więc duże opakowanie (120 g) starcza mi na długo. To mam już dwa miesiące i zużyłam gdzieś tak połowę. Uważam, że za taką cenę i wydajność jest to świetny produkt, który może nas podratować w wielu sytuacjach. Używam go też kiedy w ciągu dnia przetłuści mi się grzywka.

Co do działania, to tak, faktycznie absorbuje sebum i zanieczyszczenia. Od razu można zobaczyć różnicę - nikt nie powie mi, że nie myłam głowy. Produkt jest biały, ale po wmasowaniu go i rozczesaniu włosów wszystko znika. Sprawdza się dobrze, w 100% spełnia swoje zadanie. Jedyne, co mogę mu zarzucić, to że nie dodaje specjalnie objętości ani nie pozostawia uczucia odświeżenia, jakie miałam po użyciu wersji Tropical. 
Jeśli chodzi o jego zapach, jest to mieszanka kakaa z kwiatami (?), nie każdemu przypadnie do gustu. To bardzo specyficzna woń. 

Wątpię, że kupię go ponownie, są lepsze wersje niż ta.
14:01 9 komentarze

Witajcie moje kochane :) Dzisiejszy post poświęcony będzie bardzo ciekawemu duetowi, a mianowicie odżywce i szamponowi Timotei z serii Precious Oils. Zdecydowałam się na zakup tych produktów ze względu na bardzo wysoką ocenę na wizażu (Odżywka 4,60 | Szampon 3,79). Standardowo stwierdziłam, że jeśli sprawdziła się większej grupie osób, to i u mnie zda egzamin.

Obydwa produkty przeznaczone są do włosów normalnych lub suchych, czyli jest to dla mnie idealny komplet. Znajdziemy w nich olejki arganowy i migdałowy oraz ekstrakt z organicznego jaśminu. Zarówno szampon jak i odżywka pozbawione są parabenów i barwników. Jeśli jesteś zainteresowana, zapraszam dalej :)

Szampon Timotei Precious Oils, drogocenne olejki.
Butelka o pojemności 400 ml posiada bardzo wygodny dzióbek, z którego wydobywa się produkt. Wystarczy lekko nacisnąć z jednej strony, wszystko działa sprawnie i bez zarzutu. Plastik, z którego wykonana jest buteleczka jest biały, więc nie mamy jednak możliwości sprawdzenia, ile szamponu nam zostało. Konsystencja  jest idealna, ani za rzadka ani za gęsta, w perłowym kolorze. Wystarczy nałożyć na dłoń niewielką ilość, a wystarczy ona na całą głowę i świetnie się spieni. Zapach jest słodki, przyjemny,ale nie utrzymuje się długo na włosach.
Efekt - Czuję, że włosy są dokładnie umyte. Szampon pieni się bardzo dobrze i dochodzi w każdy zakamarek. Po jego użyciu włosy są przyjemnie miękkie i błyszczące. Delikatnie nawilża i pielęgnuje, ale nie jest to zaskakujący efekt. Jest to po prostu delikatny szampon, który nie robi nam krzywdy.
Początek składu - Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Glycerin, Jsminum Officinale Flower Extract, Argania Spinosa Kernel Oil, Cocos Nucifera Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil,

Odżywka Timotei Precious Oils, drogocenne olejki.
Ta buteleczka ma pojemność 200 ml i jest zaprojektowana w dokładnie ten sam sposób. Jest jedynie troszkę mniejsza. Zapach produktu pozostaje taki sam, jak szamponu, jednak konsystencja jest nieco gęstsza, a kolor bielszy i bez perłowej poświaty. 
Efekt - Zauważyłam, że po użyciu tej odżywki włosy są gładziutkie, mięciutkie i ładnie błyszczące. Nie plączą się, szczotka sunie po nich jak po maśle :) Mało tego, faktycznie nawilża włosy. Są one ujarzmione i nie puszą się. Nie odnotowałam żadnych minusów. Używanie jej to czysta przyjemność. Włosy wyglądają po niej bardzo dobrze.

Jestem bardzo zadowolona z działania tego duetu, Jak na drogeryjne produkty, poradziły one sobie świetnie. Wiem, że zawsze będę mogła do nich wrócić i mnie nie zawiodą :)


08:00 16 komentarze

Na początku miesiąca dostałam się do Klubu Recenzentek Rimmel Wonder'full. Od dwóch tygodni jestem w posiadaniu ich nowego tuszu do rzęs, który dopiero co pojawił się w sklepach. Wiem, że nie minęło zbyt dużo czasu, ale mam ochotę wypowiedzieć się już na temat tej maskary. Dałam jej czas na zgęstnienie, jaki zwykle daje się tuszom. Ja nie potrzebuję nie wiadomo jak dużo czasu aby stwierdzić, czy tusz mi się podoba, czy nie.

Zacznę od pierwszego wrażenia, czyli opakowania. Nawet przypadło mi do gustu. Jest kobiece i proste. Nie ma w nim żadnych udziwnień, których nie lubię. Prostota zawsze wygląda najlepiej. Następną rzeczą, na jaką zwróciłam uwagę jest duża, zdaje się silikonowa, szczoteczka. Z początku się przeraziłam, bo mam malutkie rzęsy i od razu wyobraziłam sobie, jak podczas tuszowania brudzę całe powieki i nos. Na szczęście jednak okazało się, że szczoteczka jest idealna i nie sprawia żadnych problemów. Dodatkowo jej ogromnym atutem jest to, że świetnie rozczesuje rzęsy. Nie ma mowy o grudkach czy jakichś sklejeniach - wszystko perfekcyjnie wyczesane. Na tym jednak kończą się dobre strony tej maskary. Jestem naprawdę rozczarowana, że w żaden, nawet najmniejszy sposób nie pogrubia ani nie podkręca rzęs. Mam nawet wrażenie, że jeszcze bardziej je prostuje. Jedyny efekt, to przyciemnienie rzęs. Nie sprawdziła się nawet w roli rozczesywania innego tuszu, bo od razu psuje jego efekt. Co z tego, że rozczesze rzęsy, kiedy przy tym od razu sprawi, że kompletnie opadną. Jestem rozczarowana i niezadowolona. Nikomu jej nie polecę. Firma Rimmel była chyba zbyt pewna siebie organizując taką akcję promocyjną. Z przykrością stwierdzam, że to najgorszy tusz jakiego używałam.


09:00 15 komentarze
Jakiś czas temu będąc w Rossmanie wpadła mi w oko baza pod lakier z Maybelline. Do tej pory moją bazą były wszelkiego rodzaju odżywki, które jednak były tylko odżywkami. Zachciało mi się przetestować coś, co nie tylko ochroni moje paznokcie, ale i zwiększy trwałość lakieru. Tak oto do mojej niemałej kolekcji trafił Maybelline Manicure Express.



Nie ma się tu co za bardzo rozpisywać. Produkt albo się sprawdza, albo nie, ale mimo wszystko opowiem o szczegółach. Buteleczka o pojemności 10 ml jest zgrabna a pędzelek wygodnie trzyma się w ręce. Nie ma też problemu z odkręcaniem, jak to czasem bywa. Co do samego pędzelka, jest on malutki, ale bardzo dobrze rozprowadza produkt. Konsystencja tej bazy jest całkiem rzadka, ale natychmiast się wchłania pozostawiając na paznokciu leciutką, niezauważalną warstwę.
Teraz najważniejsze - działanie. Jeśli mam być szczera, to nie oczekiwałam od tego produktu za dużo. Myślałam "baza jak baza, tania, to pewnie słaba". Przyznam, że miło się rozczarowałam, ponieważ spokojnie przedłuża trwałość lakieru aż do tygodnia, gdzie bez takiego produktu lakier zwykle utrzymuje mi się maksymalnie przez 3 dni.
Przyjemnymi plusami są też nieduża cena i łatwa dostępność. Myślę, że warto mieć taką bazę między swoimi lakierami :)

Używacie baz pod lakiery? Co sądzicie na ten temat?
13:00 7 komentarze

Dove Intensive Repair with keratin repair actives. Odbudowuje zniszczone włosy na poziomie komórkowym. Zapobiega łamaniu się włosów podczas szczotkowania...

...bla, bla, bla. Nie wiem, po co producenci ciągle próbują wciskać nam te kity. Każdy wie, że szampon nie jest w stanie nic takiego zrobić. To tak tytułem wstępu, bo jestem w trakcie nerwowych dni i zirytował mnie fakt takiego napisu na szamponie :D

Do rzeczy. Kupiłam ten szampon, bo chciałam po prostu coś mocniejszego, zwyczajnego do oczyszczenia skóry głowy raz na jakiś czas. Z resztą tylko w tym jednym celu je kupuje. Tym razem nieszczęśliwie wybrałam Dove. A bo był w promocji, a bo jeszcze nie miałam, a bo do zniszczonych włosów i ładnie pachnie. Mam nadzieję, że następnym razem mnie tak nie poniesie i jako takiego zwyklaka kupię ponownie mój ulubieniec z Gliss Kur.

Czemu jestem taka poirytowana i niezadowolona? Bo po każdym umyciu włosów tym szamponem dostawałam łupieżu! Sama nigdy bym go nie zużyła, więc podzieliłam go z mamą i jakoś doszłyśmy do denka. Ona szczęśliwie, ja nie bardzo. Po każdym jego użyciu swędziała mnie głowa i zaczynało się z niej sypać. Ten ogromny minus sprawia, że nikomu go nie polecam, jednak jeśli miałabym oceniać go w całości, miałby on kilka zalet. Między innymi sprawia, że włosy są miękkie i ładnie pachną - to wszystko. Nie musze chyba mówić, że żadne zniszczenia nie zostały odbudowane?

Jestem niezadowolona i poirytowana. Nie kupujcie tego szamponu dla własnego bezpieczeństwa, przecież jest mnóstwo innych.


13:50 14 komentarze

Zorientowałam się ostatnio, że jest jeden produkt, który używam bardzo długo, a nigdy nie poświęciłam mu posta. Chciałabym więc napisać Wam dziś parę słów o moim ulubionym matującym pudrze. Jestem mu wierna, nigdy nie zdradziłam go z innym i nie wyobrażam sobie, że mógłby zniknąć z półki Rimmela :)

Jak widać, pudrem o którym będę dziś pisać jest Rimmel Stay Matte. Po około dwóch latach ciągłego używania, mogę wystawić mu w końcu recenzję.

Kosztuje on 26 zł i można dostać go wszędzie, gdzie znajdują się szafy Rimmel i w internecie. Cena może wydawać się spora, jednak zważywszy na jego wydajność oraz to, że w drogeriach często są promocje, nie jest to duży problem.

Zawsze kupuję wersję transparentną, więc będę mówić na jej podstawie.
Puder jest idealnie matowy, nie ma w nim żadnych drobinek. Wygląda naturalnie zarówno na podkładzie jak i na czystej skórze. Jeśli go powąchamy, poczujemy ładny, świeży zapach. Nie jest to ważne, ale uważam to za mały plusik. Uwielbiam go za to, że matuje na ładne kilka godzin. Przez tak długo okres używania nigdy nie zdarzyło mi się, żeby zapchał moją skórę lub spowodował inne nieprzyjemności. Jest naprawdę lekki i delikatny. Jeszcze jedną jego ogromną zaletą jest niesamowita wydajność. Jedno opakowanie starcza mi na kilka miesięcy regularnego używania. Ideał :)

Wiem, że niektórzy narzekają na opakowanie i brak aplikatora. Mi jednak to nie przeszkadza, bo puder zawsze nakładam pędzlem. Co do samego plastikowego "wieczka" nie mam zastrzeżeń, bo nigdy mi nie pękło.

Cóż mogę powiedzieć na koniec? Jest to mój absolutny ulubieniec, z którym nigdy się nie rozstanę. Idealnie robi to, co powinien.



12:00 27 komentarze
Ostatnimi dniami trochę rozszalałam się z postami, ale znalazłam wolny czas i pogoda sprzyjała zdjęciom, więc stwierdziłam, że czas nadrobić blogowe zaległości.

Tym razem przyszła kolej na maskę Biovax Naturalne Oleje. Jest to już moja trzecia maska z tej firmy i nie zdziwi Was na pewno, że znów był to udany zakup. Biovaxy świetnie sprawdzają się na moich włosach. Po każdym denku kupuję następny słoiczek i z każdego jestem zadowlona.

Jeśli jesteście zainteresowane poprzednimi recenzjami, zapraszam:
  • L'biotica Biovax Latte
  • L'biotica Biovax maska do włosów słabych

Wróćmy jednak do dzisiejszej recenzji i zacznijmy od początku.
Standardowo maski Biovax znajdują się w wygodnym, plastikowym słoiczku, dzięki któremu możemy wydobyć kosmetyk do samego końca. Ja nie mam problemu z włożeniem do niego ręki. Uważam, że jest odpowiednio duży, ale jeśli komuś to nie wychodzi, zawsze może użyć łyżeczki. Zamknięcie mogłoby być łatwiejsze w otwieraniu i zamykaniu, ale i tak zbytnio mi to nie przeszkadza.

Zapach tej wersji jest obłędny. Myślałam, że Latte pachnie najładniej, ale zmieniłam zdanie jak tylko powąchałam Naturalne Oleje. Słodki, ale nienachalny, kokosowy, bardzo przyjemny. Uwielbiam nakładać go na włosy.

Konsystencja zdaje się być gęstsza, niż w innych, które miałam, ale ani trochę nie utrudnia to nakładania jej na włosy. Zdaje mi się, że jest to nawet sporym plusem, bo dzięki temu maska nie spływa z włosów, jak to czasem bywa.

Teraz najważniejsze, czyli działanie. Zawsze nakładam ją na włosy po umyciu samym szamponem i zawsze pod czepek i ręcznik. Siedzę tak ile mogę (od 15 do 30 minut) i spłukuję. Po zmyciu jej z włosów stają się one mięciutkie i pachnące. Szkoda, że ten piękny zapach nie utrzymuje się na włosach cały dzień. Dodatkowo włosy są świetnie wygładzone i ładnie się błyszczą. Wyglądają naprawdę zdrowo. Widać, że są nawilżone i odżywione. 

Używam masek Biovax regularnie i uważam, że dzięki nim poprawił się stan moich włosów. Być może powtarzam to przy każdej recenzji, ale naprawdę je uwielbiam :) Dla mnie są idealne, nie widzę w nich żadnych minusów.



12:00 10 komentarze

Cześć :) Jakiś czas temu kupiłam nowy podkład, bo Affinimat doprowadzał mnie już do szału. Okropnie wchodził w pory i nie wyglądało to estetycznie. Padło na Rimmel Match Perfection, bo po 1 był w promocji (z 37 zł na 27 zł) i po 2, czytałam o nim już wiele dobrego.
Miałam małe obiekcje, bo mam tłustą cerę i bałam się, że po prostu będę się świecić. Na szczęście podkład okazał się strzałem w dziesiątkę, choć nie powiem, że jest idealny. Mimo małych wad, bardzo dobrze spełnia swoje zdanie na mojej buzi.

Zacznę od początku. Od razu pokochałam buteleczkę. Wygląda prosto i schludnie. Jest szklana i poręczna. W dodatku pompka ułatwia pracę z produktem. Przynajmniej mi ułatwia, bo na pewno znajdą się i przeciwnicy takiego opakowania.
Konsystencję podkładu oceniłabym na średnią. Nie jest ani lejący, ani bardzo gęsty. Jest w sam raz i rozprowadzanie go na twarzy nie stanowi żadnego problemu. Mój odcień 010 ma różowe tony, co nie do końca pasuje do mojej skóry, ale po nałożeniu super dopasowuje się do mojej twarzy.

Jak Rimmel Match Perfection zachowuje się na twarzy? Przede wszystkim nie wchodzi w pory. Bardzo ładnie wtapia się w skórę i pozostawia naturalny efekt. Podkreśla suche skórki - niestety, ale ja mam ich na szczęście niewiele i walczę z nimi Cetaphilem. Wchodzi w zmarszczki mimiczne, więc trzeba uważać z nakładaniem go w tych okolicach. Krycie nie jest mocne. Powiedziałabym, że lekkie. Dobrze wyrównuje kolor skóry, ale nie zakryje większych problemów. Efekt, jaki pozostawia, nie jest ani matowy, ani rozświetlający. Dla mnie jest idealny. Daje bardzo naturalny efekt, świeżej, zdrowej skóry. Całkiem długo utrzymuje się na twarzy i ściera się równomiernie. Na koniec wspomnę o jego zapachu. Jest cudowny. Świeży, trochę kwiatowy. Nakładanie go to dla mnie sama przyjemność.

Uważam, że jest to dobry podkład. Na mojej tłustej skórze wygląda przyzwoicie. Właścicielki suchej cery powinny go unikać, ze względu na podkreślanie skórek. Po wykończeniu, mimo wszystko, dalej będę szukać ideału.

Miałyście go? Co o nim sądzicie? Jakie podkłady polecacie do tłustej skóry? :)




22:44 14 komentarze

Dziś przychodzę z recenzją ciekawego kosmetyku. Jest to bronzer Honolulu firmy W7. Opinie, które wokół niego krążą są głównie pozytywne. Moja również mu pochlebia :)

Zacznijmy od początku!
Ten bronzer jest głównie dostępny w internecie. Swój kupiłam w mintishop za ok. 15 zł. W paczuszce otrzymałam 6 gram produktu w różowym, kartonowym pudełeczku. W środku znajduje się również niewielki pędzelek, którym możemy go nakładać.
Moim zdaniem, jego największą zaletą jest dość uniwersalny kolor oraz brak jakichkolwiek drobinek. Jego odcień jest neutralny, daje bardzo naturalny efekt. Plusem jest też to, że bardzo ładnie się rozciera i każdą nałożoną ilość można dobrze rozblendować.
Pędzelek dołączony do bronzera jest niewielki i dobrze współgra z produktem. Nakładam go zawsze nim i jestem zadowolona z efektu. Nałożony na twarz utrzymuje się cały dzień.
Honolulu jest niesamowicie wydajny. Używam go codziennie od pół roku i wygląda, jakby był nienaruszony. W dodatku cena w stosunku do wydajności jest naprawdę malutka. Starczy mi go jeszcze na bardzo długi czas.

Uważam, że jest to bardzo dobry bronzer za niewielką cenę. Jest on zdecydowanie wart zakupu i na pewno nie będą to zmarnowane pieniądze.




13:34 9 komentarze

Ostatnio na blogu pojawiały się "lekkie", graficzne posty, mam nadzieję, że się nie zanudziłyście :) Dziś przyszła pora na recenzję sławnej szczotki Tanglee Teezer. Na pewno każda z Was nie raz o niej słyszała. Ja słyszałam dużo i od dawna chciałam ją mieć. Ukochany spełnił moje małe życzenie i dzięki niemu piszę tego posta. (Przy okazji go pozdrawiam, bo regularnie czyta mojego bloga i często mi pomaga!)

Jakie było moje pierwsze wrażenie? WOW. Wcześniej widziałam Tanglee Teezer tylko w internecie. Nie wiedziałam, jak wygląda na żywo. Okazało się, że jest naprawdę spora, a jej kolor jest intensywniejszy niż na obrazkach. To taki wściekły, rażący róż, a kiedy patrzymy w "igiełki" możemy dostać oczopląsu - serio. Mimo rozmiaru w ręce trzyma się ją dobrze, ale na pewno ciężko jest zrobić kitkę. Myślałam też, że będzie trochę ważyć, a jest bardzo leciutka.

Jak się sprawuje? Tutaj drugie WOW. Żadna szczotka nigdy tak dokładnie nie rozczesała moich włosów. Pozostawia efekt gładkiej tafli, każdy włos jest oddzielony, a przynajmniej takie mam wrażenie. Jeśli chodzi o kołtuny, to nie ma mowy o żadnym bólu. Radzi sobie z nimi świetnie - nie ciągnie i i nie wyrywa.

Mój TŻ również bardzo polubił Tanglee Teezer. Dzięki niej może w końcu ułożyć włosy na bok tak, jak chce. Wcześniej robił to tylko palcami - różnica jest nieporównywalna. Aż zażyczył sobie TT na urodziny! :)

W regularnej cenie (ok. 55 zł)  jest to, moim zdaniem, duży wydatek jak na szczotkę, ale w promocji jak najbardziej można śmiało kupować. Nie będą to stracone pieniądze.

Słyszałam wiele opinii, że po dłuższym używaniu pojawiają się rozdwojone końce i jest to wina właśnie tej szczotki. Uważam, że każda szczotka podniszcza włosy. Szczególnie wtedy, kiedy często się jej używa (a wiadomo, że na początku używania TT większość osób jest w szoku, jak świetnie rozczesuje włosy i męczy je cały czas). Ja TT używam tylko raz, dwa razy dziennie, żeby rozczesać to, co plącze się za dnia. Do częstych poprawek używam drewnianego grzebienia z The Body Shop, który jest bezpieczny dla włosów.

Bardzo ją polubiłam i uważam, że jest o niebo lepsza od zwykłych szczotek, ale nie należy przesadzać, bo jak by nie patrzeć jest to plastik.


Macie? Używacie? Co sądzicie? :)
12:00 19 komentarze

Święta, święta i po świętach. Przychodzę dziś do Was z recenzją porównawczą dwóch matujących podkładów. Są zupełnie inne, ale mają jedno wspólne zadanie - matowienie skóry. Który z nich się sprawdził? Zapraszam do lektury :)
Nie przejmujcie się dużą różnicą w kolorze. Jeden kupowałam późnym latem a drugi zimą.

KONSYSTENCJA:
Rimmel Stay Matte: gęsta, powiedziałabym nawet, że bardzo gęsta
Maybelline Affinimat: bardzo lejąca

WYDAJNOŚĆ:
Rimmel Stay Matte: ze względu na konsystencję bardzo wydajny
Maybelline Affinimat: niewydajny, z opakowania zawsze wydobywa się za dużo podkładu

TRWAŁOŚĆ:
Rimmel Stay Matte: średnia w kierunku całkiem dobrej, trzyma się lepiej niż Affinimat pewnie przez to, że jest tak gęsty
Maybelline Affinimat: średnia, po nałożeniu rano, po południu już prawie go nie ma

KRYCIE:
w obu przypadkach jest średnie, żaden z nich nie zakryje większych niespodzianek, ale Affinimat bardzo ładnie ukrywa moje lekkie zaczerwienienia na policzkach

KOLOR:
Rimmel Stay Matte: zdecydowanie ciemnieje na twarzy i wpada w pomarańcz, który w ogóle mi nie pasuje
Maybelline Affinimat: nie ciemnieje, wpada w żółty, który idealnie mi pasuje

MATOWIENIE:
Rimmel Stay Matte: po dwóch godzinach wszystko wychodzi na jaw i cera świeci się jak przed nałożeniem podkładu
Maybelline Affinimat: matem możemy cieszyć się kilka godzin dłużej. Uważam, że to przez dużą ilość alkoholu, na którą wskazuje intensywny zapach

OGÓLNIE:
Rimmel Stay Matte: jest ciężki i można zrobić sobie nim krzywdę; ciemnieje; matuje na krótko; szybko zasycha; nie zapycha; nie ma zapachu; nie wchodzi w pory;
Maybelline Affinimat: jest lekki; matuje na dłużej; ładnie stapia się ze skórą; nie ciemnieje; ukrywa zaczerwienienia; ma bardzo intensywny zapach; wchodzi w pory; podkreśla suche skórki; jest niewydajny;

Moim zdaniem oba podkłady są mocno średnie, ale o wiele bardziej przypadł mi do gustu Affinimat. Szczególnie teraz, kiedy dostałam na święta bazę z Biodermy, o której niedługo pojawi się post!

Używałyście któregoś z tych podkładów? Co o nich sądzicie?


22:51 13 komentarze

Przedstawiam Wam dzisiaj znaną paletkę Sleek Au Naturel. W internecie cieszy się dobrą opinią, więc i ja się na nią skusiłam. Jest to moja pierwsza paleta do makijażu i jestem z niej naprawdę zadowolona.

Zawiera 12 kolorów, które idealnie nadają się do codziennego makijażu, ale są też odcienie z którymi można poszaleć. Kilka jest matowych a kilka perłowych. Kolory są piękne i naprawdę dobrze napigmentowane. Za stosunkowo niedużą cenę (ok. 38 zł) otrzymujemy produkt o przyzwoitej jakości. Kilka z nich podczas malowania się osypuje, ale zawsze można wspomóc się chusteczką lub po prostu najpierw zabezpieczyć skórę pod oczami pudrem, a potem strzepnąć go wraz z osypanym cieniem. Ja nie widzę tu dużego problemu.

Dodatkowo cienie są trwałe. Nie spodziewałam się, że na moich trudnych powiekach wytrzymają tak długo, a jednak. Łatwośc nakładania i możliwość budowania koloru poprzez dokładanie kolejnych warstw to następny plus.

Opakowanie ma spore, przydatne lusterko, co uważam za dużą zaletę.

Podsumowując- jestem bardzo zadowolona z tej paletki. Jest to moja pierwsza i idealnie trafiona. Nie mam z nią żadnych problemów a używanie jej to czysta przyjemność. W przyszłości skuszę się na inne Sleek'i :)




Moja ulubiona vlogerka zrobiła makijaż właśnie tą paletką. Zapraszam do oglądania :)


12:39 13 komentarze

Jakiś czas temu z ciekawości kupiłam antyperspirant Nivea Stress Protect. Wybrałam go nie bez powodu. Mam sporą styczność ze stresującymi sytuacjami, które z nerwów zalewają mnie potem więc pomyślałam, że jeśli się sprawdzi, będzie strzałem w dziesiątkę. Postanowiłam go więc przetestować.

Do tej pory nie spotkałam się z takim produktem. Zwykle brałam pierwszy lepszy dezodorant z półki i cieszyłam się, jeśli chociaż trochę wytrzymywał. Oczywiście nie wytrzymywał. Nivea Stress Protect DAJE RADĘ chronić mnie cały dzień :) Dzięki niemu mogę czuć się swobodnie w każdej chwili.
Jego zapach jest delikatny, kobiet i nienachalny. Nie zostawia śladów na ubraniach i szybko wysycha. Nie podrażnia wrażliwej skóry pod pachami. Opakowanie jest estetyczne i cieszy oko.
Największym plusem jest jednak świetna skuteczność. To pierwszy dezodorant, który tak dobrze się u mnie sprawdził. Przy następnych zakupach na pewno kupię go ponownie.
13:40 13 komentarze

Jakiś czas temu robiąc zakupy w Yves Rocher założyłam sobie kartę, dzięki której przy następnych zakupach mogłam odebrać tusz do rzęs. Długo nie czekając udałam się na ponowne zakupy i upomniałam o swój prezent :) Okazał się on bardzo dobry, więc z chęcią Wam o nim opowiem.

Wybrałam sobie kolor czarny, który faktycznie idealnie oddaje czerń i jest bardzo intensywny. Uważam to za duży plus, bo niektóre tusze sprawiają wrażenie szarych i po nałożeniu prawie nie widać różnicy.
Pierwszy raz miałam do czynienia ze szczoteczką w kształcie klepsydry, która okazała się dla mnie idealna. Wyciągamy za jej pomocą odpowiednią ilość tuszu i nie zrobimy sobie krzywdy. Ogromnym plusem jest efekt, jaki pozostawia. Moje rzęsy po nałożeniu tego tuszu są o wiele dłuższe, grubsze i wyraźniejsze. Absolutnie nie są sklejone, taka sytuacja w ogóle nie miała miejsca. Są za to bardzo dobrze rozczesane i oddzielone od siebie. Nie zostawia on też żadnych grudek ani nie osypuje się nawet po całym dniu.

Ten tusz to mój faworyt. Nie miałam innego produktu do rzęs, który sprawdził się równie dobrze. Znalazłam w końcu coś lepszego od Maybelline Colosal Volume i póki co nie mam zamiaru z niego rezygnować.
Jedynym jego minusem jest cena, która wynosi mniej więcej 50 zł, ale w YR często są promocje, więc przymykam na to oko.
Wystawiam mu pewną 6!

21:22 17 komentarze


Witam Was po trochę długiej nieobecności. Baaardzo przepraszam, ale zaczęłam kurs na prawo jazdy i nie spodziewałam się, że będzie to tak czasochłonne i męczące :( Mimo wszystko będę starała się znaleźć czas na regularne prowadzenie bloga.

Dziś przychodzę do Was z recenzją kredki do powiek NYX Jumbo Eye Pencil, w kolorze numer 604 Milk, czyli po prostu białej. Jest świetna, więc koniecznie muszę opowiedzieć o jej zaletach :)

Po pierwsze jest dostępna w Douglasie w szafie NYX za 19 zł. Uważam, że nie jest to dużo za tak dobry kosmetyk, a ostatnio była promocja i można było kupić ją za kilka złotych mniej.
Kredka sprawdza się świetnie pod brwiami i w kącikach oczu. Bardzo ładnie rozświetla, a dodatkowo długo się utrzymuje, nawet cały dzień. Jest miękka, dzięki czemu bardzo łatwo możemy rozetrzeć ją palcem. Bardzo dobrze podbija kolor cieni na powiekach i sprawia, że utrzymują się dłużej, jednak może trochę wysuszać, więc przestałam używać jej w tym celu. Łatwo nałożyć ją na linię wodną. Jest to bezbolesne, ponieważ jest bardzo miękka (niektóre kredki są twarde i drapią). Kolor na linii jest wyrazisty i długo się utrzymuje.

Podsumowując:
+miękka
+dobrze napigmentowana
+tania
+ma wiele zastosowań
+trwała

Nie znalazłam w niej minusów. Uwielbiam tą kredkę i chętnie kupię jeszcze inne kolory, a jest w czym wybierać, bo gama jest naprawdę spora :) Z czystym sumieniem mogę ją Wam polecić.







Zapraszam do obserwowania mnie na Instagramie :) 


15:06 11 komentarze

Na pewno dobrze wiecie, że drewniane grzebienie i szczotki są o niebo lepsze od plastikowych, więc na ten temat nie muszę się zbytnio wywodzić. Drewnianym grzebieniem możemy spokojnie czesać włosy na mokro i sucho bez uszkodzenia ich. Oczywiście należy zachować ostrożność - nie szarpać i ciągnąć na siłę, to chyba oczywiste.

Swój grzebień kupiłam w The Body Shop za 19 zł. Myślę, że to nieduża cena za taki świetny produkt. Po pierwsze jest niewielki i zgrabny, przez co zmieści się w każdej torebce i będzie zawsze pod ręką. Dla mnie to duży plus, ponieważ nie wychodzę z domu bez szczotki/grzebienia. Następnym, bardzo istotnym faktem jest to, że nie niszczy struktury włosa. Super je rozczesuje, nie szarpie i przede wszystkim nie elektryzuje ich. Odkąd zaczęłam go używać wypada mi mniej włosów. Czesanie się nim to dla mnie czysta przyjemność i kiedy po tak długim czasie sięgam po coś innego, czuję ogromną, nieprzyjemną różnicę.
Uważam, że każda z nas powinna mieć takie cudo w swojej kosmetyczce :)

22:28 16 komentarze

Po zakochaniu się w Garnierze AiK stwierdziłam, że wypróbuję coś innego z serii Ultra Doux. Co mi tam, może będzie równie dobre? Niestety... pod prysznicem trochę się zawiodłam.

Opakowanie jest standardowe dla tych kosmetyków. Pojemność 200 ml, opakowanie pozwala na swobodne wydobywanie odżywki, bo jest ustawione zamknięciem do dołu. Regularna cena wynosi ok. 9 zł, ale bardzo często na te produkty jest promocja.
Pachnie cudownie - jak guma balonowa z dzieciństwa. Po prostu porusza moje kubki smakowe i mam ochotę wylać ją sobie na język, jakkolwiek to zabrzmi :) Jest to najlepiej pachnąca odżywka jaką do tej pory miałam. Uwielbiam jej zapach, który niestety nie utrzymuje się na włosach :(
Nie zrobiła jednak na mnie większego szału. Po jej zastosowaniu włosy są gładkie, lekko nawilżone i lekko błyszczące. Dla mnie jest po prostu OK. Plusem jest też to, że nie obciąża, oraz że włosy się nie puszą (to właśnie ma niwelować na odżywka). Dodatkowo jest łatwo dostępna w drogeriach i całkiem wydajna, mimo trochę rzadkiej konsystencji. Problem pojawia się pod prysznicem. Nałożona na włosy jest "tępa" i próba rozprowadzenia jej kończy się nieprzyjemnym ciągnięciem.
Nie kupię jej ponownie, bo wiem, że są o wiele lepsze odżywki.





22:40 16 komentarze

Ostatnio pokazywałam Wam regenerującą pomadkę YR, z której jestem bardzo zadowolona. Czas przedstawić odżywkę tej samej firmy, która również bardzo przypadła mi do gustu.
Mowa tu o odżywce odbudowującej z olejkiem jojoba.

Zacznę od tego, że za tubkę o pojemności 150 ml zapłaciłam 9.90 zł. Uważam, że cena w stosunku do ilości i średniej wydajności jest w porządku. Średniej, ponieważ odżywki starczyło mi na nieco ponad miesiąc.
Pierwszą rzeczą, którą zauważyłam już pod prysznicem, było zmiękczenie i wygładzenie włosów. Efekt oczywiście utrzymuje się także po wyschnięciu naszej czupryny. Czuję, że moje włosy są po niej bardzo dobrze nawilżone i mają zdrowy połysk.
Konsystencja jest gęsta i dobrze trzyma się na włosach. Zapach jest bardzo przyjemny i delikatny. Nie czuć go ani pod prysznicem ani na włosach.
Jest to kolejna odżywka, która idealnie sprawdza się na moich włosach i do której z miłą chęcią będę wracać. Stawiam ją na równi z Garnier AiK.


Skład i opis



15:44 15 komentarze
Starsze Posty

O mnie

About Me


Mam na imię Ola. Założyłam tego bloga w 2013 roku, aby udokumentować powrót moich włosów do zdrowia i dzielić się z Wami spostrzeżeniami na temat ich pielęgnacji. Dziś jest to babski blog o wszystkim. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś dla siebie. Zapraszam ♥

Obserwatorzy

Archiwum

  • ▼  2018 (1)
    • ▼  kwietnia (1)
      • Aktualizacja włosowa kwiecień 2018
  • ►  2017 (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2015 (4)
    • ►  października (1)
    • ►  lutego (3)
  • ►  2014 (96)
    • ►  listopada (5)
    • ►  października (10)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (12)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (6)
    • ►  marca (8)
    • ►  lutego (8)
    • ►  stycznia (14)
  • ►  2013 (128)
    • ►  grudnia (13)
    • ►  listopada (5)
    • ►  października (10)
    • ►  września (10)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (10)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (12)
    • ►  kwietnia (7)
    • ►  marca (14)
    • ►  lutego (21)
    • ►  stycznia (6)
FOLLOW ME @INSTAGRAM

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates