środa, 26 lutego 2014

Podkład Rimmel Match Perfection


Cześć :) Jakiś czas temu kupiłam nowy podkład, bo Affinimat doprowadzał mnie już do szału. Okropnie wchodził w pory i nie wyglądało to estetycznie. Padło na Rimmel Match Perfection, bo po 1 był w promocji (z 37 zł na 27 zł) i po 2, czytałam o nim już wiele dobrego.
Miałam małe obiekcje, bo mam tłustą cerę i bałam się, że po prostu będę się świecić. Na szczęście podkład okazał się strzałem w dziesiątkę, choć nie powiem, że jest idealny. Mimo małych wad, bardzo dobrze spełnia swoje zdanie na mojej buzi.

Zacznę od początku. Od razu pokochałam buteleczkę. Wygląda prosto i schludnie. Jest szklana i poręczna. W dodatku pompka ułatwia pracę z produktem. Przynajmniej mi ułatwia, bo na pewno znajdą się i przeciwnicy takiego opakowania.
Konsystencję podkładu oceniłabym na średnią. Nie jest ani lejący, ani bardzo gęsty. Jest w sam raz i rozprowadzanie go na twarzy nie stanowi żadnego problemu. Mój odcień 010 ma różowe tony, co nie do końca pasuje do mojej skóry, ale po nałożeniu super dopasowuje się do mojej twarzy.

Jak Rimmel Match Perfection zachowuje się na twarzy? Przede wszystkim nie wchodzi w pory. Bardzo ładnie wtapia się w skórę i pozostawia naturalny efekt. Podkreśla suche skórki - niestety, ale ja mam ich na szczęście niewiele i walczę z nimi Cetaphilem. Wchodzi w zmarszczki mimiczne, więc trzeba uważać z nakładaniem go w tych okolicach. Krycie nie jest mocne. Powiedziałabym, że lekkie. Dobrze wyrównuje kolor skóry, ale nie zakryje większych problemów. Efekt, jaki pozostawia, nie jest ani matowy, ani rozświetlający. Dla mnie jest idealny. Daje bardzo naturalny efekt, świeżej, zdrowej skóry. Całkiem długo utrzymuje się na twarzy i ściera się równomiernie. Na koniec wspomnę o jego zapachu. Jest cudowny. Świeży, trochę kwiatowy. Nakładanie go to dla mnie sama przyjemność.

Uważam, że jest to dobry podkład. Na mojej tłustej skórze wygląda przyzwoicie. Właścicielki suchej cery powinny go unikać, ze względu na podkreślanie skórek. Po wykończeniu, mimo wszystko, dalej będę szukać ideału.

Miałyście go? Co o nim sądzicie? Jakie podkłady polecacie do tłustej skóry? :)




niedziela, 23 lutego 2014

Rok włosomaniactwa - zdjęcia i podsumowanie

Hej :) Miesiąc temu minął rok, odkąd zaczęłam świadomie wracać do naturalnego koloru włosów i zaczęłam pielęgnować je z głową. A więc jak minęło mi te 12 włosowych miesięcy?

Postanowiłam nie farbować włosów i wrócić do naturalnego koloru. W końcu nie ma nic lepszego od swoich własnych, zdrowych włosów. Udało mi się? Tak! Odrostu zostało mi na końcówkach tylko kilka cm. Jeszcze jedno, małe cięcie i na mojej głowie zostaną jedynie naturalne włosy :) Jestem z siebie dumna, że nie uległam pokusie zafarbowania włosów. Widzę dużą różnicę w ich wyglądzie i zachowaniu. Na pewno już nigdy nie sięgnę po drogeryjną farbę. Żadną. No chyba, że będę już siwieć ze starości :) Póki co wyjątkiem jest cudotwórcza Khadi.

Odstawiłam silikony. Wiem, że niektórzy uważają je za szkodliwe, a inni za potrzebne. Ja postanowiłam, że nie będę poprawiać wyglądu włosów tym składnikiem. Chciałam, żeby były wygładzone i błyszczące same z siebie. Co prawda kupiłam jedną silikonową odżywkę, którą miałam używać raz na jakiś czas, żeby włosy wyglądały nieco lepiej, ale okazało się, że nie wyglądają wtedy dobrze.. Są posklejane i tworzą się nieestetyczne strąki. Silikony odpadają na zawsze.

Jeśli chodzi o SLS, to jest mi on raczej obojętny, ale staram się go unikać. Na co dzień używam lekkiego szamponu Babydream, a raz na kilka dni myję włosy Schwarzkopf Gliss Kur Oil Nutritive, bo ma fajny skład w którym oleje są wysoko. Do tego pięknie pachnie :) Szykuje się recenzja.

Raz na zawsze odstawiłam prostownicę. Kiedyś używałam jej chociaż żeby ułożyć końcówki. Dziś nie robię już nawet tego. Używam jej raz na rok, kiedy chcę gdzieś ładnie wyglądać i cała się stroje :)

W nawyk weszło mi suszenie włosów zimnym nawiewem (kupiłam sobie specjalnie nową suszarkę) i nie tarcie ich ręcznikiem. Używam drewnianego grzebienia z The Body Shop i raz/dwa dziennie Tanglee Teezer, bo mimo wszystko nie chcę przesadzić z plastikową szczotką. Zawsze zabezpieczam końcówki. Zimą ani razu nie naraziłam ich na mróz i śnieg. Często nakładam maski i staram się je olejować.

Jak widać po zdjęciach, udało mi się zapuścić naturalne włosy. Zdjęcie z 2013 dobrze pokazuje, jak suche i zniszczone były moje pofarbowane włosy. Do tego końcówki były wycieniowane, tego też się pozbyłam i nigdy nie powtórzę. Nic tak nie przerzedza włosów jak cieniowanie. Mi to w ogóle nie pasuje, bo mam cienkie włosy i walczę o każdą objętość :) Włosy z 2013 to po prosu siano.

Teraz moim celem jest jedynie zapuszczać włosy i kontynuować obecną pielęgnacje. Wydaje mi się, że nie robię im już nic, co może doprowadzić do zniszczeń. Dowodem na moją dobrą pielęgnacje może być to, że nie podcinałam włosów pół roku, a nie mam ani jednej rozdwojonej końcówki :)

piątek, 21 lutego 2014

Nowa zakładka - wyprzedaż!

Postanowiłam stworzyć na blogu nową zakładkę w której będę mogła odsprzedać Wam taniej rzeczy, które mi się nie sprawdziły. Będą pojawiały się tam także ubrania, ale póki co czekam na dobre światło do zdjęć. Kwota jest podana z wliczoną przesyłką.
Zaglądajcie tam czasem, może znajdziecie coś dla siebie :) KLIK
Aktualnie odsprzedam:


poniedziałek, 17 lutego 2014

Poznajcie mojego kota!

Na pewno wiecie, że dziś obchodzimy Dzień Kota. Z tej okazji postanowiłam przedstawić Wam mojego Janusza i co nieco o nim opowiedzieć :) Jestem ogromną kociarą i swojego kotka traktuje jak dziecko. Może to być dziwne, ale inne kociary na pewno wiedzą o co chodzi :)

Janusz przyszedł do nas mając 2 tygodnie. Był tak malutki, że bałam się go dotykać, bo myślałam, że zrobię mu krzywdę. Przygarnęliśmy go od cioci ze wsi. Urzekły nas jego oczka i to, że jest rudy :) Był w nieciekawym stanie, przez to kilka dni ropiały mu oczka i miał problemy z żołądkiem.
Na szczęście kłopoty szybko się skończyły i Janusz ciągle rośnie jak na drożdżach. Jest wybitnym łowcą :D Bardzo często znosi do domu ptaki.... Kiedyś przyniósł jeszcze żywego, który mu uciekł i zaczął latać po całym domu. Zanim go złapaliśmy zdążył oznaczyć teren tu i tam...

Jedzenie to jego największa słabość. Potrafi zjeść swoje, za chwile z miski psa a potem jeszcze przychodzi do nas i zagląda nam w talerz. Do tego sąsiadka powiedziała, że widziała jak wyjada jedzenie bezdomnym kotom, które zamieszkały przy bloku obok... Mimo tego obżarstwa absolutnie nie jest gruby, dziwne!
Jednym z jego dziwnych zachowań jest udeptywanie wszystkich miękkich rzeczy. Misiów, poduszek itp. Czytałam, że to nawyk z dzieciństwa. Malutkie kotki "depczą" brzuch matki kiedy jedzą.
Zabawne jest też to, że kiedy weźmie się go na ręce i zacznie "lulać" to zaśnie. Po prostu jak dziecko :)
Nie jest to typowy wredny kot. Widać, że nasz szanuje i uznaje za rodziców. Cieszę się, że się na niego zdecydowaliśmy. Daje nam dużo śmiechu i radości :)
Mogłabym opowiadać o nim bardzo dużo, dlatego lepiej już skończę i pokażę Wam go na zdjęciach :)




środa, 12 lutego 2014

Bronzer Honolulu W7


Dziś przychodzę z recenzją ciekawego kosmetyku. Jest to bronzer Honolulu firmy W7. Opinie, które wokół niego krążą są głównie pozytywne. Moja również mu pochlebia :)

Zacznijmy od początku!
Ten bronzer jest głównie dostępny w internecie. Swój kupiłam w mintishop za ok. 15 zł. W paczuszce otrzymałam 6 gram produktu w różowym, kartonowym pudełeczku. W środku znajduje się również niewielki pędzelek, którym możemy go nakładać.
Moim zdaniem, jego największą zaletą jest dość uniwersalny kolor oraz brak jakichkolwiek drobinek. Jego odcień jest neutralny, daje bardzo naturalny efekt. Plusem jest też to, że bardzo ładnie się rozciera i każdą nałożoną ilość można dobrze rozblendować.
Pędzelek dołączony do bronzera jest niewielki i dobrze współgra z produktem. Nakładam go zawsze nim i jestem zadowolona z efektu. Nałożony na twarz utrzymuje się cały dzień.
Honolulu jest niesamowicie wydajny. Używam go codziennie od pół roku i wygląda, jakby był nienaruszony. W dodatku cena w stosunku do wydajności jest naprawdę malutka. Starczy mi go jeszcze na bardzo długi czas.

Uważam, że jest to bardzo dobry bronzer za niewielką cenę. Jest on zdecydowanie wart zakupu i na pewno nie będą to zmarnowane pieniądze.




poniedziałek, 10 lutego 2014

Stylizacja na walentynkową kolację/obiad

Postanowiłam pobawić się trochę w stylistę i stworzyć kilka inspirujących zestawów na walentynki. Jestem zwolenniczką klasyki, więc moje propozycje są eleganckie i romantyczne ale też seksowne :)



sobota, 8 lutego 2014

Balsam do ciała o zapachu malinowej Mamby!


Witam gorąco, bo u mnie chyba już jest wiosna i bardzo się cieszę :) Dziś pokażę Wam moją ostatnią nowość, która okazała się być również moim wielkim hitem. 

Zazwyczaj nie używam balsamów do ciała, ale obok tego nie mogłam przejść obojętnie. Urzekł mnie ślicznym, dziewczęcym opakowaniem a później niesamowitym, malinowym zapachem. Pachnie obłędnie. Jak malinowa Mamba, a co najważniejsze - zapach utrzymuje się na skórze nawet cały dzień! Pierwszy raz spotykam się z tak trwałym zapachowo produktem. Jeśli nie przepadacie za zapachem maliny, były też inne opcje - czekoladowa, cytrynowa i brzoskwiniowa.
Jeśli chodzi o nawilżenie, tutaj też sprawdza się świetnie. Pozostawia skórę naprawdę gładką i przyjemną w dotyku. Dobrze radzi sobie z suchą skórą. Nie mam co do niego żadnych zastrzeżeń.
Opakowanie jak już wyżej wspomniałam jest przeurocze i nie można nie zwrócić na nie uwagi. Dodatkowo otwarcie jest lekkie i nie sprawia problemów.
Regularna cena za balsam wynosi do 15 zł, ja natomiast kupiłam go w promocji za 8 zł w Rossmanie.
Jest to moje pierwsze odkrycie roku 2014 i absolutny hit! Na pewno kupię go ponownie i skorzystam z innych produktów z tej serii.

Podsumowując: 
Zapach jest nieziemski i trwały. 
Dobrze nawilża.
Ma wygodne i urocze opakowanie.
Niewygórowana cena.



poniedziałek, 3 lutego 2014

Motywacyjny poniedziałek

Nie pisałam tego wcześniej, ale od początku stycznia regularnie ćwiczę. Moim celem jest zdrowe, wyrzeźbione ciało. Wytrzymałam już miesiąc i jestem z siebie bardzo zadowolona. Wiem, że za kilka miesięcy spojrzę w lustro i podziękuję sobie, że się nie poddałam. Wiem też, że bywa ciężko, dlatego postanowiłam zrobić serię postów pt. "Motywacyjny poniedziałek". Postaram się tu też wrzucić moje zdjęcia, ponieważ nic tak nie motywuje jak autentyczne efekty :)

Na początek pokażę wam filmik, który daje mi niesamowitego kopa. Mogę go oglądać codziennie i za każdym razem czuję, że mogę pokonać wszystko!